Ervin László: to, co dobre dla biosfery, dla nas też jest dobre
2009. 06. 14.
Filozof Ervin László (76 lat) nakłania do współpracy obywateli i naukowców . Jego zdaniem, jeśli by większością stali się ludzie zdolni zrezygnować ze swoich egoistycznych interesów a zarazem oddani idei zrównoważonej przyszłości , można by jeszcze zapobiec globalnemu kataklizmowi.

HVG [Heti Világgazdaság – węgierski tygodnik polityczno-gospodarczy]: Ludzkość stoi przed koniecznością wyboru dalszej drogi, tylko nie wiadomo jeszcze, czy pierwsza dekada XXI. wieku jest ostatnią dekadą zanikającego starego porządku świata, czy pierwszą dekadą całkiem nowego porządku – pisze w swojej świeżo opublikowanej w książce. Jego „kolega”, brytyjski naukowiec James Lovelock, twórca Hipotezy Gai twierdzi, że świat już tracił równowagę i nieuchronnie się zawali.  Na ile poważnie mamy traktować te hipotezy, jeśli np. obawy związane z końcem drugiego tysiąclecia też okazały się nietrafne?

E. L. [Ervin László]: Jeśli Lovelock ma rację, to faktycznie nic nie możemy zrobić. Niemniej wcale nie jest pewne, że jesteśmy już w ostatniej fazie. Niezależnie od tego wielu ludzi, naukowców i mistyków oczekuje gruntownych zmian w roku 2012.  Zdaniem astronomów np. aktywność Słońca będzie nadzwyczaj silna i na parę jesiennych dni nawet samoloty trzeba będzie uziemić. To, o czym ja mówię, jest ni mniej, ni więcej tym, że w każdym społeczeństwie występują takie nagłe zmiany, gdy w większych społecznościach powstanie niestabilność krytyczna. Kto przewidział np. na początku 1989 r., co będzie się działo parę miesięcy później we wschodniej części Europy? Wierzyć w to, że nadchodzące zmiany globalne za sprawą jakiegoś cudu będą służyć dobru ludzkości, jest rażąco nieodpowiedzialne. Nie ma żadnej gwarancji, że ludzkość przeżyje  nadciągające duże zmiany .

HVG: Nie wydaje się Panu, że kiedy w kręgach naukowych stało się wręcz modne traktowanie o zmianie klimatu, o kryzysie globalnym, to zwykli ludzie już zdają się uodpornić na ten temat?

E. L.: Gandhi powiedział kiedyś z właściwą sobie genialnością, że jeśli ktoś ogłosi coś nowego, to najpierw się go wypiera, potem potępia, a na końcu się powie, że wiedzieliśmy o tym od zawsze. Jesteśmy już po potępieniu i ja odnoszę takie wrażenie, mam taką nadzieję, że wrażliwość cały czas wzrasta. Ludzkość jako nowoczesna kultura od przynajmniej 10 tysięcy lat działa w sposób zrównoważony. Przez jakiś czas potrafiliśmy naprawić skutki naszych błędów z zastosowaniem nowoczesnych technologii, ale szybko osiągniemy ten punkt, gdzie już nie będzie możliwości korekty. Wcześniej myśleliśmy, że jeśli brudy wylewamy do rzeki, to znikną; jeśli spalimy węgiel, to się ulotni i przestanie istnieć. Potem zrozumieliśmy, że wszystko jest powiązane ze wszystkim i to, co dzieje się na tej planecie, będzie miało wpływ i na nas. Powinnością naszej generacji jest przywrócenie rozwoju zrównoważonego.

HVG: Czy uważa Pan radykalne zmiany w kierunku zrównoważonego rozwoju  za możliwe tylko przez to, iż ta myśl przenika społeczeństwo, czy konieczny jest kryzys globalny?

E. L.: Obawiam się tego drugiego, jakkolwiek moja nadzieja w  pierwszym. Jeśli poczekamy na pojawienie się kryzysu, to wtedy już trudniej będzie wprowadzać zmiany, niż teraz.

HVG: W swoich dziełach, w swoich wykładach często oddala się Pan od ścisłej nauki, można by powiedzieć, że nadaje Pan swoim poglądom wymiar duchowy. Czym Pan tłumaczy, że świat nauki traktuje poważnie, ba, darzy uznaniem Pana osiągnięcia?

E. L.: Ja tylko stwierdzam, że przebiegają takie procesy w środowisku naturalnym, które – nawet, jeśli na takie wyglądają – jednak nie działają na zasadzie przypadkowych mechanizmów. Zresztą nie jestem zawodowym filozofem. Nie interesuje mnie, co o mnie myślą, interesuje mnie tylko to, co odbieram jako prawdę, co odbieram jako prawdziwe. Zwykłem się określić, jako „Homo”, który chciałby być „sapiens”-em.

HVG: Na podstawie Pana teorii może się wydawać, że tworzył Pan nową religię, opartą częściowo na naukach ścisłych …

E. L.: Sam nie jestem w sensie tradycyjnym religijny, nie wierzę w istnienie jakiegoś ponadnaturalnego, uosobionego boga, niemniej trudno zanegować moją teorię, gdyż jest oparta na najnowszych odkryciach naukowych. Odkryto np. w fizyce kwantowej nielokalność. Okazało się, że faktycznie istnieje więź między dwoma cząstkami w stanach kwantowych, położonymi nawet dziesiątki tysięcy kilometrów od siebie . Cóż, w okresie ostatnich 1—15 lat zauważono, że podobne oddziaływania istnieją w świecie żywym, ale również we wszechświecie. W psychologii od dawna znane jest zjawisko, że bliźniaki – nawet wtedy, jeśli są daleko od siebie – odczuwają, co się dzieje z drugim bliźniakiem. Moim zdaniem na Ziemi każdy człowiek, choć może nie z taką samą siłą, ale w jakiś sposób posiada połączenie z pozostałymi. W takich przypadkach naukowcy twierdzą, że jest to dziełem przypadku, albo, że nie ma na to wytłumaczenia. A ja mówię, znajdźmy na to wytłumaczenie. Zgodnie z moją propozycją ludzi łączy jakieś pole informacyjne, coś takiego, jak np. pole grawitacyjne czy elektromagnetyczne, które są gołym okiem niedostrzegalne, odczuwamy tylko ich oddziaływania.

HVG: W nowoczesnych, zachodnich społeczeństwach wielu nie wierzy w ponadnaturalne, niemniej uważają, że jest dobrem czynić dobro nawet dla tych, którzy są obcy dla nas. Dlaczego uważa Pan za swoje zadanie połączenie w jakiejś formie duchowości i ochrony środowiska?

E. L.: Można odbierać świat w sposób czysto racjonalny, ale również w sposób mocno intuicyjny. Ciekawe, że opierając się na obydwu sposobach dochodzimy do tożsamych wniosków.  Moim zdaniem nie ma sprzeczności między dwoma światopoglądami: religie pierwotnie powstały właśnie z jakichś duchowych dostrzeżeń i – a widzimy to ewidentnie w naszych czasach – z pewnego rodzaju naukowego spostrzeżenia. Kiedy człowiek postępuje zgodnie z zasadami darwinowskimi czy Adama Smith’a, że jeśli zbieram dla siebie, to innym też automatycznie będzie dobrze, nie można osiągnąć wielkich zmian. Coraz więcej ludzi zrozumie, że równowaga naszego świata jest bardzo chybotliwa, łatwo ją zniszczyć  i w systemie globalnym każdy ma swoją rolę do odegrania. Coraz więcej ludzi nawet wtedy zrobi tyle, ile tylko może, jeśli nie ma pewności, czy ich jednostkowe czyny odnoszą poważniejsze skutki. Wierzą, że to, co dobre dla biosfery, dla nas też powinno być dobre.

HVG: W swoich dziełach potępia Pan ten rodzaj nacjonalizmu, który myśli przede wszystkim na płaszczyźnie interesów jednego narodu, jednego kraju, jednak swoje think tank – może akcentując swoją węgierskość – nazwał Pan Klubem Budapesztańskim. Nie ma tu sprzeczności między teorią a praktyką?

E. L.: Od początku byłem członkiem Klubu Rzymskiego badającego możliwości przeżycia ludzkości  i zaproponowałem, by stworzyć taką organizację, która jest zdolna dotrzeć do większych mas. Chciałem zaangażować do wspólnego myślenia również pisarzy, artystów, przywódców religijnych. Pozytywnie odniósł się do moich propozycji rząd Antalla i ostatecznie w ramach Fundacji Kultury Węgierskiej powstała nasza organizacja w roku 1993. Pierwsze posiedzenie Klubu Rzymskiego odbyło się w Rzymie, stąd nazwa, a my zbieraliśmy się pierwszy raz w Budapeszcie, stąd nazwa Klub Budapesztański. Wyboru takiej nazwy też nie żałuję dlatego, bo w świecie nazwa Budapeszt kojarzy się z kreatywnością.

HVG: Pojawi się Pan w wielu organizacjach o zacnie brzmiących nazwach jako założyciel lub wspierający. Czy jeśli Pan nie byłby ekspertem teorii systemów, też potrafiłby Pan prześledzić pracę i powstające wyniki parunastu think tanków?

E. L.: Niedawno musieliśmy powierzyć jednej z niemieckich organizacji koordynację działalności naszych grup roboczych. Dlatego uważamy za ważne utworzenie organizacji zdolnych dotrzeć do wielu różnych ludzi, bo nie możemy wiedzieć, które „muśnięcie skrzydłem motyla” może zainicjować to tornado, z którego może brać swój początek jakaś większa zmiana. W przynajmniej 15 krajach działa Klub Budapesztański, co pół roku publikujemy sprawozdanie, a pokładamy wielkie nadzieje w naszym tworzącym się uniwersytecie.

HVG: Nie myśli Pan, że mogą oskarżyć Klub Budapesztański o stronniczość polityczną? Jakby na to nie patrzeć, założyciele fundacji nim zarządzającej – np. Iván Vitányi, Péter Zwack czy Elemér Hankiss – w oczach wielu są przedstawicielami strony lewicowego liberalizmu.

E. L.: Powstanie naszej fundacji to już historia. Wymienieni są moimi przyjaciółmi i wtedy było potrzebnych trzech założycieli, a ja nie miałem pojęcia – ba, nie interesowało mnie - z jakiej strony sceny politycznej pochodzą. Zresztą podział na prawa i lewą stronę sam jest jednym z tych teorii, których okres przydatności do spożycia dawno się skończył, a w stosunku do których chcemy przedstawić coś nowego.
Źródło: HVG.HU

Cofnij się

NuovaEnergia